niedziela, 10 kwietnia 2016

Czarny Ląd. Kinga Choszcz znów w podróży

























Kiedy przygniatają cię obowiązki, to jest tak jakby spadł na ciebie regał z książkami i leżysz sobie pod tym regałem, pod rękoma masz dziesiątki książek i jeszcze więcej pozycji „must have read”, a mimo to nie masz możliwości swobodnego oddania się lekturze. Bo ten regał cię przecież gniecie, grzbiet słownika frazeologicznego wbija ci się w plecy, i nawet „Fight club”, który również spadł i leży w kącie, nie daje ci siły na wyciągnięcie ręki i przeczytanie czegokolwiek. Trzeba najpierw wygrzebać się spod mebla, czytaj: obowiązków, żeby potem spokojnie rozłożyć się na łóżku i spokojnie poczytać. Ot tak, dla przyjemności. Nie myśląc o niczym więcej niż brązowe oczy Jona Snow’a ;-) Niestety ostatnio zdecydowanie brakuje mi tego czasu, ale gdzieś pomiędzy RobieniemMilionaRzeczy, przeczytałam kolejną książkę Kingi Choszcz.

Kinga Choszcz gościła już w moich recenzjach pewien czas temu, więc kiedy studiowałam zawartość działu bibliotecznego poświęconego literaturze podróżniczej, bez zastanowienia chwyciłam za „Moją Afrykę” owej autorki. Miałam nadzieję, że jak w przypadku większości książek podróżniczych całkowicie przepadnę, to znaczy będę mieć wrażenie, że stoję tuż za autorem i razem z nim pokonuje kolejne kilometry po nieznanych lądach.


Po powrocie z pięcioletniej podróży po obu Amerykach, Kinga Choszcz udaje się w samotną wyprawę po ziemiach Czarnego Lądu, czyli palącej słońcem Afryki.  Forma podróży jest analogiczna do poprzednich eskapad, to znaczy plecak na plecy, trochę funduszy w kieszeni, głowa pełna marzeń, kciuk w bok – i łapiemy stopa. Z łapaniem stopa w Afryce jest ciężko. Dobrze, jeśli jest to samochód, ale częściej jest to motocykl, autobus, łódka, jeep wypełniony ludźmi czy nawet wielbłąd. Najważniejsza zaś zasada panująca, zdaje się – w całej Afryce, to „festina lente”, czyli spiesz się powoli. Ludzie nie liczą tu czasu, bo zawsze go mają. Pory dnia wyznacza wschód i zachód słońca, a pory roku – deszcz. Kinga też się nigdzie nie spieszyła, lecz spokojnie podążała swoją ścieżką, spotykała różnych ludzi i miała okazję doświadczyć z ich strony ogromnych podkładów życzliwości i gościnności, poznawała kolejne zakątki świata, była dobrym człowiekiem dla wielu osób, a nawet zwierząt, dla których los nie był do końca łaskawy. Kingę można było znaleźć „w szumie tysięcy wiatrów”.

Podróż po Afryce była niespodzianką na każdym kroku, a raczej w każdym mieście bądź kraju. Różnorodność wspomnień przywołanych w książce robi imponujące wrażenie, i jak zwykle z perspektywy większości nas –gdzieś tam w środku budzi ukłucie zazdrości. Tak jak Kinga pragniemy czasem rzucić wszystko w kąt i zająć się takim życiem, o którym marzymy, zamiast robić to co powinniśmy i to, co wypada. Miło jest czytać o tych wszystkich wspaniałych przygodach, ale te zapisane karty książki, w tym przypadku jest jak lizanie lizaka. Przez szybę.

Mimo to uważam, że…

to coś niesamowitego mieć okazję zobaczyć przejeżdżający rajd Paryż-Dakar, być na prawdziwym koncercie reggae w Mali, kupić białego wielbłąda i oglądać świat, siedząc na jego grzbiecie, albo po cichaczu płynąć rzeką, żeby przekroczyć granicę następnego kraju, bo nie udało się dostać wizy. Jednak Afryka to nie tylko zapierające dech w piersiach wschody słońca, kolorowe targi owocowo-warzywne oraz przemili ludzi, u których samotna, biała kobieta z plecakiem wywołuje potrzebę opieki i troski. To też niestety skrajna bieda większości społeczeństwa, gorące słońce i uciążliwy klimat, czekanie wiele godzin na jakikolwiek transport, konieczność radzenia sobie w wielu trudnych sytuacjach i jednoczesne cieszenie się tymi małymi, ale pozytywnymi chwilami życia.

Tak samo jak w pierwszej książki Kingi „Prowadził nas los”, książka – „Moja Afryka” została napisana w formie dziennika podróżniczego. Taka forma ma swoje wady i zalety. Jedną z zalet jest rzeczywiste i chronologiczne odtworzenie wspomnień z podróży, jedną z wad – niestety, skupienie się na opisywaniu rzeczy w sposób nieco mechaniczny, bezemocjonalny, pozbawiony tego ‘ducha przygody’. Aby nie pogubić się w topografii podróży Kingi, trzeba zaglądać do załączonej na końcu książki mapki, na której czerwoną linią wyznaczono przebytą przez nią trasę. Rzadko kiedy książkę urozmaicają głębsze przemyślenia i refleksje, w większości są to po prostu suche opisy kolejnych miejsc, zdarzeń, ludzi.

Jedynymi momentami, które wzbudzały we mnie emocje, są te fragmenty, w których Kinga snuje plany na swoją przyszłość, dalsze wyprawy i kolejne nieodkryte miejsca, albo obiecuje spotkanym na drodze ludziom, że jeszcze do nich wróci, lub spotkają się na innym kontynencie. Jak wiemy, marzenia Kingi ukróciła niestety ta afrykańska wiedźma – malaria, ale pozostały po niej setki zdjęć, dzienniki podróżnicze, a Kinga jest inspiracją dla wielu innych ludzi, którym brakuje odwagi na spełnianie marzeń, nawet tych najbardziej szalonych, dzikich i egzotycznych.  










1 komentarz :

  1. Cudowne <3 Tym bardziej, że czytałam "Białą masajkę" i jej kontynuację :)

    OdpowiedzUsuń